Moje życie zmienia się coraz bardziej. Ja zmieniam się coraz bardziej. Pamiętam, że był w moim życiu okres, gdy odczuwałam wszystko dużo bardziej niż powinnam. Nadwrażliwość. Muzyka, ludzie, słowa, skojarzenia, wspomnienia. To wszystko budziło we mnie silne emocje. A teraz? Trzy priorytety - miłość, samodzielność, pasja. Wokół tego kręci się moje życie. I zastanawiam się czy to dobrze. Czy lepiej było wtedy, gdy nie wiedziałam jeszcze czego chcę, więc istotnym wydawało się być prawie wszystko? Czy może teraz, gdy potrafię dążyć do celu, ale zrezygnowałam z części tamtego życia?
Niedługo wszystko zmieni się jeszcze bardziej. Za tydzień wyjazd kończący pewien etap w życiu. Po powrocie wszystko będzie inaczej. Jeszcze lepiej niż teraz. Ale na pewno nie raz zatęsknię za tym, co zostawiam za sobą. Niestety, jak zwykle nie można mieć wszystkiego.
No nic, życzcie mi szczęścia.
Gdy jedno wyzwanie staje na drodze innemu... Gdy angażując się w jedno, zawalam coś innego... Gdy czuję, że zobowiązania mnie przerastają... Wtedy mam ochotę uciec, ukryć się i wrócić, gdy problem sam się rozwiąże lub straci na ważności. Ale tym razem tak nie mogę. Boję się, że będę musiała ponieść konsekwencje. Chyba, że mi się uda. Wtedy satysfakcja będzie nieopisana. Nie wystarczy wierzyć, muszę działać. Długa noc przede mną.
***
Moje relacje z innymi ludźmi są dziwne. Nie potrafię powiedzieć, komu mogę zaufać i na kim polegać. Zawodzą ci, na których liczę, pomagają ci, po których bym się tego nie spodziewała. Ja też nie zawsze potrafię wyjść ludziom na przeciw. Nieraz jestem niezwykle otwarta, komunikatywna i optymistyczna, a nieraz marudzę bez powodu i na siłę szukam zwady. Nie potrafię tego wyjaśnić. A nie chcę przecież nikogo ranić. Huśtawki emocji przynoszą negatywny skutek. Coraz bardziej gubię się w swoim życiu. Pomocy...
Coraz bardziej przerażają mnie moje myśli. Głownie dlatego, że po raz pierwszy od dawna nie jestem pewna, czego chcę.
Przede wszystkim wiem, że jedno chwilowe zwątpienie nie może nic zmienić. Muszę trzymać się tego, czego jestem pewna. Nie zapominać o tym, co ważne.
A to co w głowie, w myślach... Przemilczeć, zapomnieć... Minie tak, jak to zwykle bywa.
Marek Andrzejewski "Jutro do mnie zadzwoń"
To dziwnie śmieszne jest, niestety.
Dziwne, bo śmieszne jest na smutno.
Kiedy odchodzisz od kobiety,
Prosisz, by zadzwoniła jutro...
Jutro do mnie zadzwoń,
Zanim pójdę na dno,
Zanim się rozkleję,
To przecież tak niewiele...
Jutro, bo jednocześnie
Dziś jest za późno i za wcześnie,
Bym sam ze sobą znalazł zgodę,
Gdy nas pogodzić już nie mogę...
Inne nas poprowadzą gwiazdy,
Pójdziemy w inne świata strony.
Na pewno kiedyś będę twardy,
Na pewno po tym, jak zadzwonisz.
Tekst piosenki może i nie ma związku z tym co czuję, ale jej klimat wywołuje u mnie silne, niezrozumiałe emocje. Właśnie takie, jakie odczuwam teraz. Stąd to tu dzisiaj.
Za mną moja czwarta Yapa. Tym razem zupełnie inna.
Wydaje mi się, że mogę ją uznać za swój mały sukces, mimo kilku widocznych niedociągnięć. Za rok będzie jeszcze lepiej. Będę bogatsza o tegoroczne doświadczenia. I przede wszystkim będę już wiedziała na czyje wsparcie mogę liczyć, a kogo zupełnie nie warto o nie prosić.
Do tej pory nie wiedziałam, że tak mało jest wokół mnie bezinteresownych osób. Gdy nauczyłam się prosić o pomoc, okazało się, że nie tak łatwo ją uzyskać. Za każdem razem muszę przygotować się na listę usprawiedliwień i lichych argumentów. Mało kto pomoże bez kręcenia nosem i wścibskiego dopytywania o przyczynę problemu. Ale dzięki temu otrzymana pomoc i wspracie stają się dużo bardziej znaczące, a ich nadawcy momentalnie rosną w moich oczach. Bez takich ludzi Yapa by się nie odbyła. Bez takich ludzi ja nie dałabym sobie rady. Nie tylko z Yapą, ze sobą samą również.
Na tej Yapie doceniłam też jeszcze bardziej znaczenie małych gestów. Pytanie, jak się czuję czy przyjacielski uścisk dodawały energii na kolejne kilka godzin długiej i męczącej nocy. Uśmiech, ciepłe spojrzenie, słowo "dziękuję" czy gratulacyjny uścisk dłoni potrafią zdziałać najwięcej.
Na Yapie zaskoczyły mnie też własne myśli. Czasem się ich boję. Te myśli sugerują zmiany, a ja wcale nie jestem pewna czy chciałabym cokolwiek zmieniać w swoim życiu w tym momencie.
Poriomania zaawansowana.
Sesja mnie męczy, ograniczam, podróżuję więc palcem po mapie. W planach już wiele wyjazdów. W przyszłym tygodniu narty w Wiśle. Za 2 tygodnie Kraków. Z nart w Austrii zrezygnowałam tylko dlatego, że obudził się we mnie rozsądek. W maju dwa niezależne wyjazdy na Mazury. W międzyczasie może Rayd Poyapowy? A w głowie już plany i marzenia wakacyjne. Bieszczady? Koniecznie! Marzy się również Skandynawia, choćby jej namiastka... Prom do Szewcji czy Danii zaspokoiłby moje potrzeby.
Niech się tylko skończy ta sesja!
Wiosny i podróży!
Bo "tam" zawsze jest inny, lepszy świat.
W ucieczce od nauki nawet o blogu mi się przypomniało.
Brak czasu wyniszcza. Dołuje brak bliskości, kontaktu, brak wspólnie spędzonego czasu. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio byłam na imprezie. Kiedy tak po prostu spotkałam się znajomymi. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłam coś dla siebie, wyłącznie w celach rozrywkowych. Wszystko poświęcam temu, co mam i zapominam o prostych przyjemnościach. Żyję w tym, co nazywam szczęściem, ale chwila nie mam pewności, czy to na pewno tak. W tym wszystkim, co mam brakuje mi siebie. Żyję dla innych ludzi. Wszystko co robię ma z nimi związek. A gdzie jest miejsce tylko dla mnie? Jak odnaleźć tę równowagę, tak potrzebną, żeby nie zwariować?
Chciałabym mieć wszystko. Zapominam, że wszystkiego nie można.
Dobiegł końca kolejny rok, pora na kolejne podsumowanie.
Będzie krótko, bo nie ma potrzeby się rozwlekać.
To był dobry rok.
Wyjazdy, imprezy, ludzie... To wszystko jak co roku. Jak zwykle udane, niezapomniane, miło wspominane. Pytanie więc, co było inaczej?
Inna byłam ja. Mam wrażenie, że w tym roku po raz pierwszy w życiu wiedziałam kim jestem i czego chcę. Jeszcze nigdy nie czułam się tak spełniona i nie wierzyłam, że to co robię ma sens. Oczywiście, nie doszłam do tego etapu sama. Dojrzewający związek to coś co również odróżnia 2010 rok od poprzednich. Od kilkunastu miesięcy wciąż uczę się bycia z kimś, przyzwyczajam się do zależności i odpowiedzialności nie tylko za siebie. Odkrywam nowe uczucia i emocje, o których nawet nie wiedziałam, że gdzieś we mnie drzemią. Przeżywamy wzloty i upadki, na szczęście, częściej wzloty.
To wszystko ma też jednak parę wad. Na przykład wspomnianą już zależność. Albo przywiązanie, które czasem mnie przeraża. Przywiązanie, które wiąże się z tęsknotą i z obawą przed stratą. Ale to są szczegóły. Wątki poboczne, które można ignorować. Na co dzień się ich przecież nie dostrzega i wcale nie są tak istotne. Ważne, że jest dobrze, cudownie, że jesteśmy szczęśliwi...
Plany na nowy rok?
Niech 2011 będzie choć trochę podobny do poprzedniego.
Czyli będę zarabiać, żeby móc trwonić pieniądze na cudownych wyjazdach. W tym roku może nawet narty w Austrii?
Będę się rozwijać i kształcić, ale stawiać głównie na praktykę. Wolontariat!
Będę działać w ukochanym klubie.
Będę robić to, co kocham i będę jeszcze bardziej szczęśliwa.
Brzmi jak plan idealny?
Ważne, że realny. :)
Okazuje się, że wciąż zbyt mało się znam. Emocje biorą górę, drobiazgi wyprowadzają mnie z równowagi. Nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie. Zawsze byłam odporna, wręcz znieczulona. A teraz? Tak niewiele mi potrzeba, żeby poczuć rozczarowanie, tęsknotę, smutek czy żal. Ale może to właśnie objaw tego jak bardzo mi zależy?
Nie chcę taka być. Chcę być wyrozumiała i cierpliwa. Tylko okazuje się, że czasami nie potrafię. Obiecuję sobie, że taka będę i po raz kolejny mi nie wychodzi. Jak się tego nauczyć? Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział, że to będzie aż tak trudne?
Przytul mnie, uspokój, pocałuj na dobranoc, powiedz, że kochasz.
Po prostu bądź.
To niesamowite jak wiele szczęścia daje w życiu pasja. Cel, plany, marzenia - to wszystko nagle staje się tak wyraziste i oczywiste. Bo przecież już wiem, czego chcę. Wyobrażam sobie swoje życie za rok, za dwa, za pięć, za dziesięć i nie mogę się doczekać tego, co mnie czeka. Jestem wdzięczna losowi za to, że dał mi szansę robić to, co kocham. Że kiedyś podjęłam takie, a nie inne decyzje. Że teraz mogę czerpać z nich satysfakcję.
Chłonę każdy dzień. Z upływem czasu coraz więcej wiem, coraz więcej rozumiem, a wszystkie plany i marzenia stają się coraz bardziej realne...
Za naszym domem będzie sad,
Za naszym domem będzie sad.
Będziesz sobie mogła tańczyć,
Chodzić boso po trawnikach
Z wrześniem, październikiem...
A gdy przyjdzie mroźna zima,
A gdy przyjdzie mroźna zima,
Będą szronem płonąć drzewa,
Na obrusie śniegu białym,
Świeczki noworoczne...
A gdy przyjdzie Pani Wiosna,
A gdy przyjdzie Pani Wiosna,
Będziesz z kwiatów plotła wianki
I śpiewała kołysanki
Razem z kwietniem, majem...
Za naszym domem będzie sad,
Za naszym domem będzie sad.
Będą wszystkie drzewa w sadzie
Razem z dziećmi dorastały
Przez okrągły rok...
[Andrzej Koczewski - 'Sad']
Kocham!
Bardzo dawno mnie tu nie było...
Potrzebuję pisania. Gdy nikt nie słucha, nie pozostaje nic innego.
Jak zwykle głupieję od siedzenia w domu. O dziwo, samotnie mi. A przecież niepowinno. Nigdy by mi nie uwierzył, gdybym mu to powiedziała. A jednak.
Brakuje mi ludzi, których kiedyś miałam. Z którymi dyskutowałam godzinami. Z którymi o tej porze mogłam dzielić choćby okienko komunikatora na ekranie. Nawet to mi już nie zostało.
A przecież nie oddaliłam się tak bardzo.
A może jednak? Czy to wszystko moja wina?
Czy po prostu nie można mieć wszystkiego i mówiąc, że jestem szczęśliwa, zapominałam, że nie mam wszystkiego?
Mam bardzo wiele. Mam to czego zawsze pragnęłam. Na co dzień rzeczywiście czuje się szczęśliwa.
Ale w takie wieczory jak ten potrzebuję czegoś innego. Czego już nie ma...
Ludzi, starych przyjaciół...
Nie wyobrażacie sobie jak cholernie za Wami tęsknie.
Ludzie chcą usłyszeć wieści złe...
Czy szczęście musi oznaczać nudę? Dlaczego to, co dobre nigdy nie jest tak interesujące jak smutne, dołujące historie? Dlaczego tak trudno jest nam słuchać o tym, że komuś się coś układa?
A przecież to, co dzieje się wokół mnie z każdym dniem wydaje się być jeszcze bardziej fascynujące...
Jednak zawsze ciekawsze i bardziej wpadające w ucho będą te drobne epizody narzekania, które przecież zdarzają się każdemu. I jak tu nie wyjść na marudę, gdy reszty po prostu nie chcemy słuchać?
Prawie 9 m-cy temu moje życie powoli zaczęło ulegać zmianom. I przez każdy dzień tego okresu mogłam i wciąż mogę powiedzieć jak bardzo jestem szczęśliwa. Nawet gdy działo się coś złego, ani na moment nie traciłam wiary.
Uczę się doceniać to, co mam. Uczę się wiary w drugiego człowieka, zaufania i odpowiedzialności za kogoś innego. Uczę się przyjaźni, poznaję jej prawdziwy smak.
Uczę się kochać i być kochaną, odpowiadać na potrzeby bliskiej osoby, dzielić się problemami, prosić o pomoc, być razem.
Bo miłość, moi drodzy, wcale nie jest taka prosta.
Ale warta zachodu.
Szukając ucieczki od nauki statystyki, zajrzałam tu i postanowiłam napisać parę słów o minionym 2009 roku... Chyba najwspanialszym w życiu.
Rok 2009 zaczął się na pewnym niewielkim wzniesieniu w Czarnej Górze... Wśród śniegu, ogromnego tłumu przyjaznych ludzi, przy blasku ogniska i sztucznych ogni, z butelką szampana w ręku i telefonem pełnym pewnych ciepłych smsów.
Faktem jest, że te smsy wiązały się z pewnym rozczarowaniem i właściwie cały styczeń minął mi na biadoleniu i użalaniu się nad sobą, ale z perspektywy czasu wiem jak wiele mnie to nauczyło...
Gdzieś w między czasie przebrnęłam też przez pierwszą w życiu sesję i pożegnałam nastoletnie życie, stając się dorosłą, 20-letnią kobietą.
Potem był Kraków, starcie ze wspomnieniami i ponownie stanęłam na nogi. W tym samym czasie zaczęłam też trwającą do dziś przygodę z pewną nietypową, warszawską rodziną i grupą klaunów, kowbojów, piratów...
Aż do marca żyłam pewnym marzeniem. I szczęściem wynikającym z bliskości jego zrealizowania. A potem żyłam rozczarowaniem. Naprawdę ogromnym rozczarowaniem. O Islandii, oczywiście, mowa.
Potem była Yapa. Bezgranicznie pozytywna, pełna energii i emocji i doprawiona szczyptą refleksji... "A miałeś iść w natchniony sen i skrzydła miałeś mieć anioła..."
Zapomniałabym! Przecież w między czasie były jeszcze Góry Świętokrzyskie...
W każdym razie po Yapie, niecierpliwie czekając na wiosnę żyłam pracą, studiami i realizowaniem podjętych w Górach Świętokrzyskich decyzji... Znaczy się odbudowywałam drużynę. Udało się tylko na chwilę. Ale to była piękna chwila. :)
W kwietniu był Beskid Niski i Rayd Poyapowy, a potem właściwie już cały rok był wyśmienity.
Poyapowa impreza, riffraffowe karaoke, mój wielki plan i rozwój łódzkiego, klaunowego biznesu, Jura, Juwenalia.
Tę przepiękną sielankę przerwała tylko na chwilę sesja i parę innych drobnych problemów. Ale to szybko minęło i potem był wakacje, czyli "ciepłe noce pod gwiazdami, duszne pod namiotem sny..." Najpierw bardzo długie 3 tygodnie Ślesina. Z jednym ważnym weekendem gdzieś po środku. I ze szczęściem, które trwa do dziś.
A potem? Potem była Rumunia, Muszyna, weekendowe wypady do Ślesina...
Wakacje minęły, powróciły studia. Na chwilę nawet podwójnie, ale na szczęście szybko wyplątałam się z tej głupiej decyzji.
Jesień była dobra, zwłaszcza ze swoim listopadowym Krakowem. "...wszak we dwoje jesień nie jest porą złą."
Wiele w moim życiu się zmieniło. Wiele nauczyłam się o sobie i o innych. Dorosłam, ale jednocześnie odkryłam w sobie jeszcze więcej dziecka.
Zakończyłam rok w Beskidzie Sądeckim. Ten wyjazd na razie okryję milczeniem, gdyż nie przywykłam do przyznawania się do błędów. Pozostaje mieć nadzieję, że powiedzenie "jaki sylwester, taki cały rok", to tylko głupi zabobon.
Doskonale zdaję sobie sprawę z ułomności i bezsensowności takich podsumowań. Ale dla mnie mają wartość sentymentalną. I kronikarską. Poza tym to budujące, spojrzeć na taki wpis i teraz, w momencie zwątpienia, pomyśleć sobie, że za rok i tak nie będę pamiętać o tym, co dziś mnie denerwowało, tylko zapiszę same piękne chwile... Bo "w życiu piękne są tylko chwile..."
A co z 2010 rokiem?
Jak na razie jest cudownie. :)
Niech no się tylko te ferie już zaczną...
skomentuj (0)
Absolutnie nic nie odzwierciedla mojego nastawienia do świąt lepiej niż słowa Stefana Chwina w opowiadaniu 'Puste krzesło przy wigilijnym stole' (zainteresowanych odsyłam do archiwum: grudzień 2007).
Ale w tym roku i tak jest lepiej. W sercu lepiej, lżej, łatwiej...
All I want for Christmas is you...
Wesołych!
Wiele nauczyłam się o sobie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Dorosłam.
Przestałam ukrywać emocje i uczucia, przynajmniej przed niektórymi.
Już wiem, że łzy nie są oznaką słabości. To tylko ekspresja smutku i przygnęnienia. Już nie przełykam łez, gdy cisną się do oczu. Płaczę bez wstydu i wyrzutów sumienia.
Nauczyłam się też, że czasami muszę na głos powiedzieć czego potrzebuję i co czuję. Okazuje się, że czasem tylko tego potrzeba, żeby osiągnąć to, co chcę. Wystarczy się przełamać, nie zamykać w tak szczelnej skorupie. A ludzie rozumieją i wychodzą na przeciw.
Ale czasem nawet to jest za mało...